w-pociagu-zycia blog

Twój nowy blog

Pan W.
Utwierdziłam się w przekonaniu, że najmniejszych szans nie mam.
Pisałam z nim jakoś na fb, bo martwiłam się o jego stany depresyje – to jak wyglądał w ostatni poniedziałek przechodziło ludzkie pojęcie. Smutny, przygnębiony, zły… Kiedy zagroziłam mu popadaniem w depresję odpowiedział „W depresję – nieee… Nie przez jakąś dziewczynę.„. Byłam zazdrosna, a co. Dzisiaj kiedy wreszcie miałam szansę go spotkać, a pan S. wyszedł na chwilę to zapytałam się go co to za dziewczyna. Powiedział, że „jakaś-tam panna M., ale nie ma źle – jutro zapijam smutki z panem M.„. Stwierdziłam, że ja takie zawody miłosne to ostatnio dwa przeżyłam (nie wspomniałam oczywiście, że jeden z nich to on). Poradził mi, żebym się motywowała powiedzeniem „jak nie ten to następny„. Wyśmiałam go.
Wracałam z panem S. autobusem i gadaliśmy o Tolkienie jakoś. Kiedy wyszłam i się pożegnałam myślałam, że nogi się pode mną ugną – tak mnie uderzyła fala smutku.
To było takie… Przyjemne. Zapomnieć się na chwilę i prowadzić zwykłą rozmowę. Nie myśleć o panu W.
Ale jestem w miarę szczęsliwa, bo byłam w niedzielę na snowboardzie! Pierwszy raz od roku! I w ten weekend znowu jadę – nie odpuszczę.

Niemy krzyk

1 komentarz

Znacie to uczucie? Kiedy chce się wam krzyczeć, wrzeszczeć, drzeć się – ale nie możecie? Czy nie jest to cudowne kiedy chowacie głowę w kołnierz, otwieracie usta i … krzyczycie? Namocniej natężając mięśnie jak możecie? Ale nie wychodzi z was ani jeden dźwięk? To wspaniałe uczucie wolności, o którym nikt z osób mijających was nie wie?
Kiedy boli serce to najprzyjemniejszy sposób na rozładowanie się. Niemy krzyk. Krzyk bez głosu. Ale dalej boli. Niestety. I to jeszcze z powodu, że nie możecie zadzwonić do matki i powiedzieć: „Hej mamo, słuchaj, ja chyba nie wracam na noc do domu. Taa… Zostaję na mieście z kumplami… Spoko? Ok. To widzimy się rano.”. I możecie balować całą noc? To jest takie mega wnerwiające, że faceci tak mogą, a dziewczyny nie. Przecież jak się idzie z grupą znajomych to powinno być ok! Nawet nie próbuję się pytać, bo i tak nic z tego nie będzie. Chcę już mieć te zasrane osiemnaste urodziny i spokój. A chcecie zostać, bo chłopak, którego kochacie tak mocno, że jesteście gotowi zrobić dla niego wszystko tak spędza wieczór? I dalej nie raczy zauważyć, tego że jednak warto dać szansę?
W sumie to jestem dość ukontentowana, bo jadę z nim jutro na snowboard. Sami. Chyba.

Fak. Ale ja nieskładnie piszę. Jestem rozkojarzona. Dużo wypiłam i wypaliłam.
I kocham go za bardzo.

Święta.
Jaram się jak pierdolnięta.
Aż spod palców mych wychodzą
Nowe rymy – już nadchodzą.

Kocham wenę. Jak nic xD

Moje życie toczy się dalej. Pan W. stwierdził, że jestem nie w jego
typie, ale mam zajebisty charakter i jako kumpela jestem fajna. Znaczy
się nie powiedział mi tego wprost, ale panu D., który miał mi nie
mówić, lecz jest dobrym kolegą i nie chciał, żebym robiła z siebie
idiotkę przystawiając się do pana W. Chyba. Albo to była zemsta za to,
że dałam mu kosza w pierwszej gimnazjum ^^
Tak czy inaczej, z panem W. na razie jest fantastycznie. Widuję go
niemalże codziennie i nasze kontakty mi wystarczają. Bogu dzięki, że są
jakiekolwiek.

Tak oto również nadszedł koniec semestru – życie przelatuje mi przed
oczami, cholera, a ja nawet tego nie zauważam. Ostatni tydzień żyłam z
dnia na dzień jakby to było nic. Raz szczęśliwa, raz smutna, ale dni
zamieniały się w godziny, godziny w sekundy i ostatni piątek wydaje się
być dniem wczorajszym. Mam ledwo wyciągnięte dwie oceny dopuszczające
na semestr, reszta jest w miarę ok. Tym bardziej mam to gdzieś, bo to
chemia. I matematyka. Z tym to gorzej, ale to nie moja zasrana wina, że
nie ogarniam jakim cudem robię te wszystkie równie zasrane błędy.

Mam ochotę tańczyć, śpiewać, rysować, skakać… Wszystko na raz (kawa mi się na mózg rzuciła).
To chyba dlatego, że mam szansę przebywania w towarzystwie pana W.
Jestem naprawdę szczęśliwa ostatnio. Wystarczyło mi w poniedziałek
pójść na stary rynek, żeby zacząć skakać ze szczęścia. Wyobraźcie sobie
- jesteście sami, macie w uszach słuchawki z ukochaną muzyką. Pięknie
oświetlony pomnik Posejdona (…z czymś przypominającym męski narząd płciowy w ręce…). Równie piękne nowo odrestaurowane kamienice. I zupełny brak ludzi. A śnieg sypie z góry…

W ogóle to w ostatni piątek niezła jazda była. Najpierw piwo (Dębowe Mocne <3),
a nawet dwa. Potem uparłam się żeby kupić Bajkała. Poszłyśmy do Sfery
wypożyczyć filmy. Pojechałyśmy do domu panny M. i obejrzałyśmy
wszystkie trzy pod rząd. Około trzeciej nad ranem doszłam do wniosku,
że trzeba wypić Bajkała – „no bo jak to, cholera, będzie mi w plecaku leżał?!„. O taaaak… Wymykanie się o tej porze (kiedy jest w pizdu zimno i nie wiadomo czy matka panny M. śpi)
na mostek wypić taniego szampana. To jest życie. Na dodatek podczas
wychodzenia wyrąbałam się na schodach wywalając jakieś drewniane gówno
na podłogę.

Kłócę się ostatnio potwornie z rodzicami. W sensie z matką -
codziennie, z ojcem – jak tylko przyjedzie. Z nimi się nie da dogadać.
Jeszcze coś kombinują, żeby pojechać gdzieś na moje urodziny (niedziela!), a ja to w sumie mam głęboko w poważaniu, czy będziemy jechać do Krakowa, czy zostaniemy w domu i pójdziemy gdzieś na kolację.
Oprócz tego słucham dużo muzyki, udaję, że się uczę, palę jak smok,
piję czasem, trochę czytam. I życie wydaje mi się takie piękne. Mam
jedynie nadzieję, że uda mi się jakoś spotkać z panem W. w święta. To
by było… miłe.

Co do świąt – czuć je w powietrzu. Dawno tak nie było. Nie ogarniałam
wakacji, zeszłorocznych świąt, urodzin czy innych imprez. Teraz to wisi
w powietrzu. I chociaż ludzie podczas świąt są mega wnerwiający i w
sumie to ten czas jest w porządku, bo są prezenty, czas wolny i
popijanie kawy przy kominku z książką. W centrach handlowych ledwo da
się wytrzymać. Dzisiaj byłam w dwóch, żeby kupić prezenty i i tak nie
kupiłam wszystkiego.

Ha! i jutro piekę babeczki! Możę poczęstuję jedną pana W….?

Święta.
Jaram się jak pierdolnięta.
Aż spod palców mych wychodzą
Nowe rymy – już nadchodzą.

Kocham wenę. Jak nic xD

Moje życie toczy się dalej. Pan W. stwierdził, że jestem nie w jego typie, ale mam zajebisty charakter i jako kumpela jestem fajna. Znaczy się nie powiedział mi tego wprost, ale panu D., który miał mi nie mówić, lecz jest dobrym kolegą i nie chciał, żebym robiła z siebie idiotkę przystawiając się do pana W. Chyba. Albo to była zemsta za to, że dałam mu kosza w pierwszej gimnazjum ^^
Tak czy inaczej, z panem W. na razie jest fantastycznie. Widuję go niemalże codziennie i nasze kontaky mi wystarczają. Bogu dzięki, że są jakiekolwiek.

Tak oto również nadszedł koniec semestru – życie przelatuje mi przed oczami, cholera, a ja nawet tego nie zauważam. Ostatni tydzień żyłam z dnia na dzień jakby to było nic. Raz szczęśliwa, raz smutna, ale dni zamieniały się w godziny, godziny w sekundy i ostatni piątek wydaje się być dniem wczorajszym. Mam ledwo wyciągnięte dwie oceny dopuszczające na semestr, reszta jest w miarę ok. Tym bardziej mam to gdzieś, bo to chemia. I matematyka. Z tym to gorzej, ale to nie moja zasrana wina, że nie ogarniam jakim cudem robię te wszystkie równie zasrane błędy.

Mam ochotę tańczyć, śpiewać, rysować, skakać… Wszystko na raz (kawa mi się na mózg rzuciła). To chyba dlatego, że mam szansę przebywania w towarzystwie pana W. Jestem naprawdę szczęśliwa ostatnio. Wystarczyło mi w poniedziałek pójść na stary rynek, żeby zacząć skakać ze szczęścia. Wyobraźcie sobie – jesteście sami, macie w uszach słuchawki z ukochaną muzyką. Pięknie oświetlony pomnik Posejdona (…z czymś przypominającym męski narząd płciowy w ręce…). Równie piękne nowo odrestaurowane kamienice. I zupełny brak ludzi. A śnieg sypie z góry…

W ogóle to w ostatni piątek niezła jazda była. Najpierw piwo (Dębowe Mocne <3), a nawet dwa. Potem uparłam się żeby kupić Bajkała. Poszłyśmy do Sfery wypożyczyć filmy. Pojechałyśmy do domu panny M. i obejrzałyśmy wszystkie trzy pod rząd. Około trzeciej nad ranem doszłam do wniosku, że trzeba wypić Bajkała – „no bo jak to, cholera, będzie mi w plecaku leżał?!„. O taaaak… Wymykanie się o tej porze (kiedy jest w pizdu zimno i nie wiadomo czy matka panny M. śpi) na mostek wypić taniego szampana. To jest życie. Na dodatek podczas wychodzenia wyrąbałam się na schodach wywalając jakieś drewniane gówno na podłogę.

Kłócę się ostatnio potwornie z rodzicami. W sensie z matką – codziennie, z ojcem – jak tylko przyjedzie. Z nimi się nie da dogadać. Jeszcze coś kombinują, żeby pojechać gdzieś na moje urodziny (niedziela!), a ja to w sumie mam głęboko w poważaniu, czy będziemy jechać do Krakowa, czy zostaniemy w domu i pójdziemy gdzieś na kolację.
Oprócz tego słucham dużo muzyki, udaję, że się uczę, palę jak smok, piję czasem, trochę czytam. I życie wydaje mi się takie piękne. Mam jedynie nadzieję, że uda mi się jakoś spotkać z panem W. w święta. To by było… miłe.

Co do świąt – czuć je w powietrzu. Dawno tak nie było. Nie ogarniałam wakacji, zeszłorocznych świąt, urodzin czy innych imprez. Teraz to wisi w powietrzu. I chociaż ludzie podczas świąt są mega wnerwiający i w sumie to ten czas jest w porządku, bo są prezenty, czas wolny i popijanie kawy przy kominku z książką. W centrach handlowych ledwo da się wytrzymać. Dzisiaj byłam w dwóch, żeby kupić prezenty i i tak nie kupiłam wszystkiego.

Ha! i jutro piekę babeczki! Możę poczęstuję jedną pana W….?

Miłostki.

1 komentarz

Ach tak. Zostałam zraniona głęboko przez pana B. Mam go równie głęboko
gdzieś. Narzekałam, narzekałam. I co? Teraz znów się zakochałam. Ale
przynajmniej nie w skończonym dupku.
Pan W. Pocałował mnie w policzek na pożegnanie. Nawet literki na
klawiaturze mi się plączą. On ma taki miękki policzek. O rany. Namawiał
mnie żebym nie jechała do Warszawy. Żebym poszła jutro do Muchy, a w
sobotę pojechała do Krakowa. Z nim. I z innymi. Nieważne. Chyba dzisiaj
po raz pierwszy ktoś był o mnie zazdrosny. Jak się żegnaliśmy i ja
mówiłam żeby został, bo będę sama to powiedział, że „czemu nie poszłam z tym chłopakiem„. Na co ja: „Z jakim chłopakiem?„. (niezadowolonym głosem) „No z tym  blondynem w żółtej kurtce„. „Aaa z tyyym… To pan S. jest. Ale on już poszedł„. Chyba był nawet zadowolony z odpowiedzi. Poza tym cały czas na mnie zerkał. I gilgotał mnie potem. Jakiż on słodki! (na Boga. mój blog naprawdę wygląda jak historia sweet-nastolatki).
Mam dzikiego niefarta w stosunku do perkusistów. A panna M. (jeszcze inna) mnie uprzedzała! Nigdy nie zakochuj się w perkusiście! Ha! Łatwo powiedzieć. Pan B. właśnie kupował perkusję jak go poznałam. Pan W. zaś dzisiaj oświadczył, że dostał bzika na tym bunkcie i że będzie grał. Noż cholera!
Koniec.

Pierdolę kurwa.
Zaczynam popadać w depresję. I klnę coraz bardziej – o ile to w ogóle możliwe.
Na przystawkę podajemy dziś sprawy sercowe – czyli dno i sto metrów mułu. Pana B. nie widuję i staram się nie przejmować tym co było. Co z tego, że mam jego zdjęcia z naszej-klasy w komputerze i jak je sobie dzisiaj oglądałam to serce zaczęło mi bić w taki sposób w jaki nie powinno. Wyłączyłam folder i dalej nie mogę się uspokoić. Słucham „This is Halloween” Mansona – a to JEST chore. Nigdy nie miałam wysokiego poziomu tolerancji wobec tego pana. A teraz co? Puszczam to po raz dziesiąty. Poza tym panna M. mnie usiłuje przekonać, że chyba pół miasta się we mnie kocha – pan M. dla przykładu. Najlepszy kumpel pana B. – lubię go potwornie, ale jak brata. Ale on stwierdził, że go wkurwiam – powiedział mi to szczerze i prosto w twarz. Chyba szczerze. Od tygodnie się do niego nie odzywam i wiem, że źle robię. Podobno zachowuje się tak bo mu się podobam/podobałam, ale dowiedział się o moim zauroczeniu w panu B. Potem – pan S., który kiedyś chyba na mnie leciał, ale to było w gimnazjum na początku. Też go traktuję raczej jako kumpla – poza tym martwię się o niego straszliwie bo żre te chrzanione tabletki i chyba brał coś mocniejszego i nie bardzo wiem co z nim zrobić. Poza tym – pan P., z którym droczę się i myślę, że traktuje mnie jak każdą inną nadpobudliwą koleżankę, ale panna M. twierdzi, że zabawa czapką i zaczepki to u niego normalne, ale raz na miesiąc, a nie za każdym razem jak wobec mnie. Ale w tym problem, że ja go również lubię jak brata. Ach tak. Pan L., w którym byłam zakochana w zeszłym roku, ale po dwóch tygodniach ferii zimowych stwierdziłam, że nie podoba mi się już. A na koniec ponownie pan B. – panna M. twierdzi, że jak mu się tak naprawdę podobałam, ale on się bał do tego przyznać. Ja, ja, ja. Ale ściema. W efekcie wychodzi na to, że mam ślepą przyjaciółkę i nikt na mnie nie leci. Jakoś nie poprawia mi to humoru.
Danie główne – ojciec, który kurwa siedzi w innym mieście zarabiając kasę, a jak już przyjeżdża na ten jebany weekend to zaczyna mi truć o szkole. Twierdzi, że się nie uczę, żebym siedziała godzinami przy zeszytach, bo przecież wszyscy tak robią. Kurwa mać, ja pierdolę, jasne. Posrało go chyba. I tak kłócimy się przynajmniej raz dziennie, ja się wkurwiam i spierdalam do pokoju trzaskając drzwiami, gdzie rozpierdalam sobie kostki o ścianę (jak się wścieknę to zaczynam napierdalać z pięści w ścianę). Co wrócił z Londynu, co mi kupił tyle mang i upragnioną książkę, to od razu zaczął narzekać, że nie uczę się. I jeszcze ten tekst „Tyle dla ciebie zrobiłem, kupiłem ci tyle rzeczy a ty się tak odwdzięczasz?!” no ja kurwa. Najpierw mnie prowokuje i denerwuje, a potem odwraca kota ogonem.
A co na deser? Ilości czekolady zjedzonej w te dwa dni i  z reguły spierdolony humor. Zajebista sprawa. A na czekoladę patrzeć już nie mogę. W sumie to jedyna fajna rzecz jak mi się ostatnio zdarzyła (jeśli nie liczyć tych wszystkich innych miłych momentów spędzonych z panną M. i panną E.) to trafność tekstu piosenek z mojego kochanego iPoda – ustawiłam przez przypadek na mix wszystkich utworów i akurat w momencie gdy myślałam o panu B. włączyła mi się piosenka The Bloodhound Gang – „Fire Water Burn”. A jej tekst brzmi tak:
The roof the roof the roof is on fire
The roof the roof the roof is on fire
The roof the roof the roof is on fire
We don’t need no water let the motherfucker burn
Burn motherfucker burn
Kocham przypadki. Nawet po angielsku, już w wieku około dwunastu lat to było moje ulubione słowo – coincidence <3

Piłam w czwartek – pół piwa, ale zawsze coś.
Piłam w piątek – piwo, wódka i łyskacz. Prawie zwiałam z domu, miałam okropną kłótnię z matką, szukała mnie po całym mieście, wróciłam zajebana do domu. Wszystko się wyprostowało – nie ma kłopotu. I odkryłam, że w moim towarzystwie jest zajebisty chłopak, który aspiruje do roli najlepszego przyjaciela wszech czasów.
Piłam wczoraj – był koncert. Vavamuffin. Ja pierdolę, ale było zajebiście. Zarąbałam się Bajkałem i piwem. I piwem które znalazłam na podłodze w damskim kiblu. Jezu Chryste co ja tam wyprawiałam. Tańczyłam z jakimś chłopakiem – pojęcia nie mam jak wygląda, ile ma lat czy jak się nazywa. Ale miał duże, męskie dłonie, które trzymały mnie za talię tak jak lubię. I odpychał tego grubego faceta, żeby na mnie nie wpadał. Ale jestem zbyt nieśmiała, żeby zagadać… Jak ja teraz żałuję, że nic nie powiedziałam i sobie poszłam. Matko.
A z panem B. sobie daję ostatecznie spokój. Mam go gdzieś. Ma jakąś rudą dupę (co z tego, że podobno jest bardzo fajna – ja jej nie znam, ale już nie lubię). I byli razem na koncercie – CAŁY CZAS RAZEM. W sumie to jestem zbyt spokojna jak na taką tragedię – nie ryczałam, nie umierałam. Może trochę mi przykro, bo pan B. jest dla mnie chamski. Co z tego, że jest śliczny, że kocham każdą jego cechę – nawet te najgorsze, że nie mogę przestać o nim myśleć, nawet jeśli powinnam. Jak on na mnie nie leci – ba, on mnie pewnie nawet nie lubi – to nie ma sensu się za nim uganiać, tym bardziej teraz gdy już ma dziewczynę.

Chaotyczne to, wiem. Jestem w ciężkim stanie – chyba do tej pory nie wytrzeźwiałam. Albo po prostu za mało snu ^^

Dzisiejszy dzień był cudowny. Co z tego, że ostatnie dwa tygodnie były całkowicie beznadziejne.
Po pierwsze – w niedzielę wróciłam z konwentu w Sosnowcu! Było nieźle, ale miałam nadzieję na więcej. Organizacja już pierwszego wieczoru poszła w las… Pić. Główny org już o 20 był narąbany równo. Później ja również napiłam się piwa. I w sobotę też. Więc było nieźle xD
Część mangowa leżała i kwiczała – połowa atrakcji i paneli się nie odbyła, więc było trochę nudno.
Po drugie – w poniedziałek byłam z bandą nieco dziwnych ludzi, ale przynajmniej z panem B., który potem się zmył i nie wrócił, a i my również oddaliliśmy się z miejsca spotkania, gdyż zaczęło kropić. Wczoraj go widziałam, ale zaledwie przez chwilę.
Po trzecie – tak, znowu o panu B. Jak wspominałam na początku, ten dzień był cudowny. Po szkole, która kończyła się o 15, poszłam do centrum w poszukiwaniu panny M., która znalazłam bardzo szybko. Wyciągnęłam ją do bramy i akurat kiedy wracałyśmy zadzwoniła panna E. informując nas, że pan B. jest na pigalu! Ach, mój Boże. Przywitałam się z jakimiś znajomymi. Panna M. i panna E. poszły się uczyć do sprawdzianu. I straciłam z oczu pana B.! Następnie, gdy już zrezygnowana ruszyłam tyłek z miejsca, zauważyłam go z panem P. zmierzającym w nieznanym mi kierunku (jak się później okazało – szli po piwo). Sprytnie poszłam równoległą ulicą w końcu ich doganiając i udając zdziwienie. Chyba zostanę aktorką.
Poszłam z panami do bramy i nawet dali mi parę łyków tego cudownego napoju. Następnie przyczepiłam się ich jak rzep psiego ogonu i polazłam z nimi ponabijać się z Owiec. Ha. Szkoda tylko iż Owca (główna) jest byłą pana B. Szybko ich opuściliśmy i poszliśmy z powrotem na pigal, gdzie czekaliśmy na pana M. Wraz z nimi poszłam do nowo otwartej Sfery II, bo chcieli wziąć balony i naćpać się helem. Uwielbiam ich. Gdy pani ekspedientka powiedziała, że balony z helem to za pół godziny dopiero, zrezygnowaliśmy.Poszliśmy na przystanek.
/Ach, no tak. Muszę przybliżyć nasze poniedziałkowe spotkanie – pojechałam z nimi na Beskidzkie (30 minut od mojego domu na nogach xD) twierdząc, że spoko – trafię/
Podjechał autobus nr 50 – i co? Pan B. niemalże mnie zaciągnął do niego, bo pamiętał, że w poniedziałek pojechałam z nimi! No dobra – zaproponował mi tym swoim cudownym głosem „Ej, jedziesz 50? Bo jechałaś wtedy z nami. No chooooooodź.”. Bez jakichkolwiek sprzeciwów z mojej strony pojechaliśmy na Beskidzkie. Znowu. Miałam okazję spędzić z nim czas sam na sam. Jejku. Czemu mu się nie przyznałam w mojej fascynacji/zauroczeniu? Jestem głupia i wstydliwa.
Ale… O MÓJ BOŻE! Jakież cudowne to było pół godziny!

Pach!

5 komentarzy

Choroba, choroba i po chorobie. 39.2 stopnie gorączki minęły, 34.6 też. Lekki ból gardła został. Przywiązał się, skubany.
A tytułami moich notek rządzą absolunie niezwiązane z treścią onomatopeje
Właśnie minął ten koszmarny tydzień odkąd ostatnio widziałam pana B. (i odkąd napisałam ostatnią notkę, ale to się nie liczy). Jedyne co mnie pociesza, to fakt, że jak dzisiaj konwersowałam z panem J. to stwierdził, że także nie widział pana B. od przynajmniej tygodnia.
Jakże mi go brakuje.
Aczkolwiek humor mi się poprawił. Dzisiaj. Z niewiadomych powodów. Skubana bestyja.

Ha!

9 komentarzy

Dzisiaj dzień wolny, a ja pierwsze co zrobiłam to pojechałam do miasta – byle tylko nie spędzić w domu więcej czasu niż trzeba. I kupiłam podręczniki. I posiedziałam z panem B. oraz panem M. w Oskarze ^^ Było bardzo miło. Popielniczka wcale nie została zasypana tak, że się nie dało igły wcisnąć, a piwa to w ogóle nie nasze. No skąd.
Przez cały dzień skakałam z radości na przemian z psioczeniem i szczękaniem zębami. A wszystko to wina śniegu.
No dobra. Powiedzmy, że skakanie z radości i serce wywijające szybkiego kankana było spowodowane po części obecnością pana B. Inteserująca była jego reakcja na mój widok – papieros mu z ust wypadł (ach, jakże słodko speszony łapał go w locie!). Ciekawe czemu. A potem zwrócił uwagę na napis na mojej bluzce głoszący wszem i wobec „want more…?„. Odpowiedziałam mu patrząc spod rzęs „A sugerujesz coś?„. Przestaję być kobietą. Zamieniam się w samicę.
Jak się okazało można z tymi ludźmi poważnie porozmawiać (oczywiście nie obyło się bez tarzania się po sofie; i dwuznacznych komentarzy; i perfidnego przekręcania mojego nazwiska – mieli chłopcy ubaw przez godzinę) na przykład o mitologii, religii czy też planach na przyszłość.

Ciekawe czy go jutro zobaczę?


  • RSS